Sztuka życia z pasją


Serce we mnie rośnie :oto człowiek, który się nie zasklepia, który rozumie, że kultura jest naszym wspólnym dobrem i wspólnie ją pomnażamy, który mi nie odpowie - nie mam czasu na literaturę, sztukę, zresztą do niczego mi to nie jest potrzebne. Toteż ludzi przyczyniających się do tej wspólnoty witam zawsze chlebem i solq, dlatego tak mnie ucieszyła twórczość Andrzeja Kućmierczyka. Kiedy czytałem jego wiersze, przychodziły mi na myśl słowa Katarzyny Mansfield
'Przecież jedyny skarb, jedyny spadek, jaki możetny po sobie pozostawić - to nasze wła-
sne ziarnko prawdy'. Odniosłem wrażenie, że Andrzej Kućmierczyk wytrwale poszuku-
je tych własnych ziarnek prawdy".
Powyższy cytat pochodzi ze zbioru "Felietonów" Jerzego Krzysztonia. Nic dziwnego, że przytoczono go w
"Słowie o autorze"tomu wierszy Andrzeja Kućmierczyka pt. "Ziarna prawdy". Dobrze oddaje osobowość pana Andrzeja...
Absolwent dwóch krakowskich uczelni, Politechniki Krakowskiej i Akademii Ekonomicznej, mgr inż. budownictwa i mgr ekonomii. Był pracownikiem naukowym Politechniki, asystentem i wykładowcą w Instytucie Technologii Organizacji i Ekonomiki Budownictwa. W 1990 prezes Sqdu Wojewódzkiego powołał go na siedem lat na biegłego sądowego w zakresie budownictwa. Pracował także w tzw. "mieszkaniówce" jako generalny projek-
tant-dyrektor techniczny oraz przez sześć lat na stanowisku naczelnego dyrektora. Andrzej Maria Kućmierczyk, jak mówi, "zostawił to wszystko" i założył Przedsiębiorstwo Wielobranżowe Spółka
z o.o. "Walor", prowadzące biuro projektów, biuro ekspertyz, biuro konsultingowo-doradcze w zakresie nieruchomości oraz zakład remontowo-konserwatorski. .
Jeszcze w 1990 roku udało mu się po latach odzyskać Pałac Włodków-Sulima, którego jest głównym właścicielem. Budynek ten, pięknie usytuowany w "narożu ul. Warszawskiej, Placu Matejki i ul. Św. Filipa", zaprojektowany i zbudowany w 1898 roku przez profesora architektury Politechniki Lwowskiej Jana Sas-Zubrzyckiego, wymagał i nadal wymaga - jak przystało na 102-latka - ogromu troski i opieki techniczno-budowlanej. Dlatego też Andrzej Kućmierczyk zarządzaniu Pałacem poświęca obecnie gros swojego czasu, nazwijmy go, zawodowego. A nie jest to
praca łatwa, bo jak mówi: "w Pałacu ciqgle coś się dzieje i to w najbardziej niespodziewanych
momentach ". .
- Takie jest więc moje, oczywiście w ogromnym skrócie, zawodowe curiculum llitae -stwierdza Andrzej Kućmierczyk i zawiesza głos, jakby czekając, kiedy zapytam o drugą stronę jego życia


Wiem, że mój rozmówca znany jest w Krakowie w wielu środowiskach ze swojej pasji dla
sztuki, szczególnie dla malarstwa. To już chyba więcej niż hobby. Namiętność? Czy może drugi zaw6d?...
- Myślę, że wszystkiego po trosze - pan Andrzej wyraźnie się ożywia. - Ale malarstwo
to na pewno moja wielka pasja, bez której po prostu nie umiałbym żyć. Interesuje mnie malarstwo w ogóle, ale
przede wszystkim pasjonuję się naszym polskim malarstwem ostatnich dwustu lat.
W tym miejscu rozmowa zmienia się w pełen emocji monolog o krakowskich, i nie tylko krakowskich, malarzach. Tych współczesnych i tych, którzy odeszli przed laty, pozostawiając po sobie wielkie albo czasem i pomniejsze dzieła. Żeby to ocenić, trzeba je ujrzeć na własne oczy.


- Czasami, żeby zobaczyć obraz, nie mówię już o jego zdobyciu, potrafię, jeśli zajdzie taka potrzeba zawędrować na koniec Polski, zniknąć z domu nawet na kilka dni.
Wiedzę o artystach, którzy już odeszli na zawsze, Andrzej Kućmierczyk czerpie z bibliotek, a także z antykwariatów, gdzie jest stałym i bardzo dociekliwym bywalcem. Współczesnych stara się poznać osobiście.
- Żeby naprawdę zrozumieć dzieło, właściwie go ocenić, poznać wszystkie niuanse, trzeba znać twórcę. Zdarza się, że ta znajomość, ten osobisty kontakt, przeradza się w obopólną sympatię, zażyłość, a nawet w przyjaźń. Tak było na przykład z profesorem Czesławem Rzepińskim. Bardzo cenię jego malarstwo, urzekające swoją radością, kolorystyką i witalnością, towarzysząca mu przez całe jego długie życie. Myślę, że w pełni mogłem docenić to, co robił, bo na własne oczy widziałem, jak patrzył na obiekt swojej pracy. Pamiętam jego zachwyt nad różą na której płatki spadła poranna rosa. Pytał mnie wówczas, czy dostrzegam jej piękno, czy rozumiem, że prawdziwe malarstwo winno dostrzegać prawdziwe piękno i je właśnie utrwalać w oczach Andrzeja Kućmierczyka pojawiają się wesołe ogniki. - Muszę się pani pochwalić. Mistrz nazywał mnie inżynierem - poetą. To największy komplement jaki mogłem usłyszeć z ust Pana Czesława. Wielu malarzy i rzeźbiarzy akademickich "przezywał" instalatorami, ale mówił to w kameralnych gronach ludzi zaufanych, w pracowni przy Piłsudskiego czy w mieszkaniu przy Małym Rynku.

Z tych osobistych kontaktów zostają również pamiątki w postaci cennych dedykacji, zbieranych skrzętnie przez pana Andrzeja. W swojej kolekcji ma rękopisy Konrada Srzednickiego, profesora ASP w Warszawie i Krakowie, Stanisława Rodzińskiego, rektora krakowskiej ASP, Jana Lebensteina, laureata Nagrody im. Jana Cybisa z 1987, Witolda Damasiewicza, Jerzego Skarżyńskiego i oczywiście Czesława Rzepińskiego, obok wielu, wielu innych. Na przykład Tadeusz Dominik, znakomity malarz i grafik uważany za najwybitniejszego ucznia Jana Cybisa, a mieszkający w łomiankach, napisał: "Panu Kućmierczykowi z nadzieją, że nasze pierwsze spotkanie nie będzie ostatnim. " Natomiast Zdzisław Pabisiak, uczeń i asystent Zbigniewa Pronaszki, przelał na papier co następuje: "Andrzejowi Kućmierczykowi 'polskiemu Vasari' w 10-lecie przyjaźni oraz w związku z 50-leciem urodzin, sto lat (. . .)Kochany Andrzeju przychodź jak najczęściej i opowiadaj o malarzach i innych atystach. "
Bo też "polski Vasari" rodem z Krakowa sypie anegdotami, których nie sposób pominąć milczeniem.

- Kiedyś zbierałem sygnatury malarzy. Również ze względów profesjonalnych. Na przykład Jerzy Potrzebowski nigdy nie podpisywał się ,J. Potrzebowski '; ale ,Jerzy Potrzebowski" albo rzadziej „J.P”. Jeśli więc znalazłem w DESIE olej Jurka podpisany .J. Potrzebowski '; wiedziałem na sto procent, że to „fals "! A w ogóle, to kiedyś napiszę chyba książkę o tych znanych mi twórcach. A teraz zdradzę pani, że na przykład profesor Sienicki używa czasem w malowaniu zwiniętej skarpetki. Docent Wójcik maluje akwarele pędzlem do golenia. A Potrzebowski używał gołych palców dłoni. Czasem dwóch maluje jeden obraz, ale podpisuje jeden autor, to taki ich skrywany żart, prawie w ogóle nie znany. Na trzeźwo nigdy, nikomu się do tego nie przyznają.
Rozmawiamy też o galeriach i artystach w nich wystawiających swe prace, a także o wernisażach i aukcjach. Pan Andrzej zdradza mi, że ongiś chodził na wszystkie wernisaże i aukcje, bo nie było ich tak dużo jak obecnie. Teraz wybiera, gdzie ma iść. Bywa na dziesięciu aukcjach rocznie i na około 40 wernisażach.

Malarstwo i jego twórcy tak zdominowali naszą rozmowę, że trudno nam obojgu przestawić się na inny temat. Tymczasem od znajomych mojego rozmówcy wiem, że jego drugą pasją, a przynajmniej hobby, są podróże. Mówimy więc o Ameryce, którą podziwia, o Tajlandii, o Ziemi Świętej. jeszcze chętniej o Europie;, przede wszystkim o Skandynawii. O Paryżu, o wyspach Morza Śródziemnego. Wspomnienia mojego rozmówcy wiążą się nierozerwalnie z poznanymi ludźmi, z zabytkami, i oczywiście ze sztuką. Dwa wydane tomiki wierszy są nie tylko dowodem jego zdolności literackich, ale również próbą zatrzymania w pamięci - własnej i czytelników - doznań, sentymentalnych tęsknot i wzruszeń.