Rozmowa z Andrzejem Marią Kućmierczykiem.

Jak się zostaje w polskich warunkach (w Krakowie) kolekcjonerem malarstwa?

– Bywa, że zwykły inżynier elektryk jest akurat sąsiadem uznanego malarza i jeśli otrzyma od niego piękny obraz za usługi elektryczne czy na ślub córki, to nieraz (z czasem) wejdzie w posiadanie kilku kolejnych płócien, coś dokupi w Desie i ma początek kolekcji. Często historyk sztuki w związku z wykonywaniem zawodu i kontaktami profesjonalnymi zaczyna gromadzić obrazy, coś tam wymieni, coś sprzeda, ale też zakupi i to jest prosta droga do zostania kolekcjonerem. Nierzadko, bardzo majętni ludzie ze świata sportu, estrady czy biznesu lokują w dzieła sztuki, a dużo później pomału zbierają informacje o swoich dziełach lub zatrudniają znawców tematu. Część dobrze prosperujących lekarzy i adwokatów, mając nadwyżki gotówki, zamienia je na obrazy. Zdarza się, że otrzymują obrazy zamiast "honorarium" i zwykle jest to dla nich bardzo korzystne, bo przecież pacjent szykujący się do operacji nie przyniesie ordynatorowi chirurgii jakiejś grafiki, tylko pobiegnie do Desy i zakupi W. Weissa lub j. Fedkowicza. Wreszcie ludzie z żyłką zbieracza zaczynają od widokówek czy porcelany, by przejść do gromadzenia grafiki i obrazów. Ostatnia grupa (do której i ja się zaliczam) to miłośnicy malarstwa, ludzie kochający sztuki piękne. Bez względu na zawód są przygotowani merytorycznie z historii sztuki i studiują permanentnie, stale zgłębiając swoją wiedzę. Odbywają pielgrzymki do Ermitażu, Luwru, Prado i innych wielkich pinakotek. Poszukują kolekcji malarskich w muzeach za granicą, ale również w Radomiu, Nowym Sączu czy Słupsku. Byłem przez lata takim pielgrzymem do wszystkich możliwych miejsc, a równocześnie budowałem swój księgozbiór albumów, katalogów wystawowych, książek z zakresu historii sztuki, biografii i autobiografii, słowników artystów, wydawnictw encyklopedycznych etc.

Dlaczego malarstwo? Mógł pan zostać uznanym filatelistą czy numizmatykiem...

– Rodzice, oficerowie AK (tato w stopniu podpułkownika, mama a podporucznika), wychowali mnie w atmosferze patriotycznej w ogóle, a w sentymencie i szacunku do ruchu oporu w szczególności. Pokazywali mi obrazy w Muzeum Narodowym: "Bitwę pod Grunwaldem", "Kościuszkę pod Racławicami", "Hołd Pruski", "Bitwę pod Samosierrą", "Pułaskiego pod Savannah". Przyzna pan, że trudno. byłoby zastąpić te wrażenia, pokazując 10-Iatkowi monety czy znaczki. W tym czasie zapoznali mnie z Jerzym Potrzebowskim, który malował "Bitwę pod Monte Cassino" (jakieś 2,5 m. wysokości i 4 szerokości), to także było dla mnie przeżyciem. Potrzebowski sam był w partyzantce i malował świetne batalistyki, sceny rodzajowe z życia oddziałów leśnych, także stadniny końskie, krakowskie dorożki. Był bardzo sprawny technicznie i płodny, ale dopiero po jakimś czasie - jako licealista - zacząłem klasyfikować go jako epigona. Poszukiwałem wtedy piękna malarskiego w pracach niefiguratywnych W.Taranczewskiego, A. Marczyńskiego, j. Sterna, j. Tchórzewskiego, S.Wałacha, H. Wójcika, T.lakomskiego, W. Damasiewicza, M. Maliny, S,.Wójtowicza, S. Brzozowskiego. Przyznam, że miała na mnie wpływ (nawet bardziej pośrednio niż bezpośrednio) osobą ciotecznego dziadka, absolwenta ASP w Krakowie z 1914, a w I. 60. jednego z wybitniejszych londyńskich kolekcjonerów malarstwa, gen. dyw. Józefa Kordiana Zamorskiego, serdecznego przyjaciela marszałka Rydza-Śmigłego (też absolwenta krakowskiej ASP).

Czy w Krakowie, mieście kultury, jest dość galerii reprezentujących odpowiednio wysoki poziom?

– W Krakowie funkcjonuje aktualnie ok. 80 galerii sztuki. A doliczając te przy kilku domach kultury, mini - galerie w kilku hotelach oraz antykwariaty z reprezentacją dawnej sztuki użytkowej, ilość galerii przekracza setkę. Większość z nich, niestety, jest na poziomie niezadowalającym. Brakuje tak interesujących jak dawna Galeria Spółdzielni "Plastyka" przy PI. Szczepańskim, Galeria "Inny Świat" przy ul. Floriańskiej czy Galeria ASP przy ul. Brackiej. Te trzy placówki realizowały ambitne plany wystawiennicze w ciekawej formule. Cała ich działalność merytoryczną (komeryjną pomijam) to prawdziwie "dobra robota". Galerie "padły" z uwagi na to, że nie mogły zarobić na ogromne czynsze, które w ścisłym centrum rosły w l. 90. na parterach kamienic prywatnych w postępie geometrycznym. Kilkanaście dzisiejszych galerii zasługuje na wzmiankę. "Pod Złotym Lewkiem" Danuty Fróg-Góreckiej (najstarsza prywatna, 18 lat działalności), "Podbrzezie” Krzyśka Jeżowskiego, "Gołogórski Gallery" Mariana Gologórskiego i "Space" Basi Sliwy-Zambrzyckiej są prowadzone przez absolwentów krakowskiej ASP z sercem i znawstwem, bez ambicji kreowania nowatorów czy artykułowania syntez. Ma takie ambicje "Zderzak" Marty Tarabuły, "Galeria Grafiki" Jana Fejkla, "Galeria malarstwa" Jacka Stawskiego, "Galeria Malarstwa" Dominika Rostworowskiego, "Galeria Sztuki Współczesnej" Teresy i Andrzeja Starmachów (największa, ok. 600 m2, choć zaczynali skromnie w małej piwniczce) i "Artemis" Janiny Górki-Czarneckiej. Niestety tylko Marta Tarabuła w malarstwie (plus instalacje i pokazy wideo oraz quasi-happeningowe), zaś Jan Fejkiel w grafice (grafika krakowska reprezentuje bardzo wysoki poziom artystyczny, nie popełnię herezji, jeśli powiem, że wyższy niż malarstwo krakowskie) realizują swoje zamierzenia kulturo-twórcze i popularyzatorskie. Celowy ferment, podnoszenie temperatury dyskusji o sztuce, konkursy i przemyślane wystawy powodują, że te dwie galerie są prawie wzorcowe. Oby więcej takich. A.Starmach i j.Górka-Czarnecka zaczynali od przepracowania wielu lat w "Desie" krakowskiej. Musiało nastąpić "skażenie komercyjne", czy inaczej mówiąc dominacja podejścia handlowego nad pasją, i tak już pozostało. Choć nie można odmówić tym galeriom pełnego profesjonalizmu. Warto wymienić mało znaną, a naprawdę dobrą Galerię "GIL" na Politechnice Krakowskiej, prowadzoną od lat przez duet Balewicz-Skąpska. Wystawiali tam: Ludomir Ślędziński, Krystyna Wróblewska, Leszek Sobocki, Zbylut Grzywacz, Stefan Dousa.

Jak, w pańskiej ocenie, wygląda polityka kulturalna władz Krakowa?

– Główny urzędnik gminy to prezydent Krakowa Andrzej Gołaś, a on nie ma żadnej polityki kulturalnej. Przez dwa i pół roku udawało się przerzucić działania w dziedzinie kultury na Dyrekcję Festiwalu Kraków 2000, ale oni też nic po sobie nie zostawili w wymiarze materialnym (np. gmachu Opery i Operetki czy choćby skromnego obiektu w rodzaju kina "Kijów", nic). Pan Andrzej Gołaś skupił się na sprawach infrastruktury komunikacyjnej (drogi, mosty, linie tramwajowe), więc cała działalność inwestycyjna gminy sprowadza się wyłącznie do tych kwestii. Nie mogę wykluczyć, że budżetu Krakowanie stać na nic więcej, ale powinna się wtedy wypowiedzieć Rada Miasta i jasno uzgodnić ze społecznością Krakowa, czego sobie wszyscy życzymy. Wszak żyjemy w społeczeństwie obywatelskim, nieprawdaż?

A jaka jest rola dużych instytucji publicznych?

– Jeśli oceniać Muzeum Narodowe, to trzeba przyznać, że Pani Dyrektor Zofia Gołubiew z zespołem robi rzeczy najświetniejsze i prawie najwyższej próby. Wystawy rocznicowe, przeglądowe i retrospektywy, wystawy poszczególnych mistrzów malarstwa czy nurtów w sztukach wizualnych, a także poszerzanie galerii sztuki współczesnej, to są praktycznie za każdym razem wydarzenia kulturalne. Brawo! Tak trzymać! jeśli zrecenzować krótko pracę Muzeum Historycznego, to ocena wypadnie również pozytywnie. Wystawiennictwo Pana Dyrektora Andrzeja Szczygła i jego zespołu jest komplementarne w stosunku do pracy Muzeum Narodowego. Oferta jest interesująca i zaangażowana, nierzadko (jak w Pałacu Krzysztoforskim czy Kamienicy Hipolitów) bywa nowatorska. Trzecią placówką wartą omówienia jest Pałac Sztuki, obiekt Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Towarzystwo ma z górą półtora wieku tradycji: 150 lat temu prezesem TPSP był Władysław książę Sanguszko, 100 lat temu Edward hrabia Raczyński, a prawie 50 lat temu rozpoczęła się prezesura prof. Karola Estreichera. Dzisiaj inżynier elektryk Zbigniew Witek, nazywający sam siebie XIV Prezesem TPSP, uczynił z Pałacu Sztuki prywatny folwark. Opisuje w internecie i na rozdawanych "po mieście" ulotkach wybór odrodzonych władz TPSP, zmierzających do "osuszenia bagna przeszłości". Wykorzystał moment, i po śmierci Ignacego Trybowskiego, w sytuacji pewnego bałaganu w r. 1996, objął funkcję, którą winien pełnić erudyta i osobowość na miarę wielkich poprzedników. Gdyby mu zależało na losie i wizerunku TPSP w nowym stuleciu, zrzekłby się tej niepowtarzalnej funkcji na rzecz laureata Oscara Andrzeja Wajdy lub rektora ASP (po zakończeniu kadencjO, a pracowałby dalej w drugiej linii frontu. Prezes wystawia "w nagrodę" (za cenę bezwarunkowego posłuszeństwa), ewentualnie na rzecz hojnych sponsorów, wreszcie z powodów osobistych - nie jest to zaplanowana systemowo i spójna merytorycznie działalność wystawiennicza. jakież sale wspaniałe ma Pałac Sztuki: tam się powinny dziać wielkie rzeczy, to powinny być wydarzenia na skalę europejską. Pałac powinien stale wystawiać największych żyjących polskich i europejskich malarzy, grafików i rzeźbiarzy. Wnętrza Pałacu powinny gościć wybitne kolekcje, np. Barbary Johnson-Piaseckiej. Pałac ma obowiązek przypominania twórczości najwybitniejszych malarzy polskich, np. L. Wyczółkowskiego. W. Podkowińskiego, J. Chełmońskiego.

Czy nie stawia pan środowisku wygórowanych wymagań?

– Każdy ma swój szczebel niekompetencji. Dobry nauczyciel może być złym kierownikiem szkoły, a bardzo dobry pracownik merytoryczny galerii nie musi być dobrym dyrektorem. jeśli nie jestem w stanie wypełnić misji, nie biorę fotela, nie przyjmuję awansu. Tyle. Powiedzmy, że mam doktorat czy habilitację z polonistyki, czy wobec tego przyjmę ofiarowaną mi posadę prezesa zarządu banku? Tylko jeśli jestem "chory na władzę" i zdeterminowany do wykorzystywania wszelkich okazji dla swego interesu, bo przecież mogę sobie dobrać bardzo kompetentnych zastępców. Ale czy takie podejście jest normalne?

Zmieńmy temat. Jakie ceny osiągają obrazy olejne malarzy polskich (krakowskich), żyjących oraz tych, których twórczość przeszłą już do historii malarstwa?

– Nie jest tak, że obrazy dawne są na pewno droższe od malowanych dzisiaj. O wysokie ceny malarzy "młodopolskich" i niektórych z XIX w. nie ma się kto upomnieć i kupi je pan przykładowo za 1500 czy 2S00 zł. Natomiast malarz żyjący (osobiście lub z żoną) dyktuje panu 5000 czy 10 000 zł, bo chce pojechać na wakacje na Teneryfę lub musi sobie kupić auto, itd. Załóżmy, że nie dzielimy rynku sztuki na galeryjny i aukcyjny oraz abstrahujemy od zagranicznego (głównie polonijnego) rynku na polską sztukę. Obraz można kupić już za kilkaset złotych (i współczesny, i antykwaryczny), ale trzeba twardo negocjować lub kupić kilka płócien, ewentualnie trafić na właściciela niezorientowanego i potrzebującego gotówki. Najwyższa cena, jaką zapłacono za obraz żyjącego malarza, to sto tysięcy złotych; za obraz z XIX w. -dwa miliony. Te rekordy padły w 2000 r. Większość obrazów żyjących malarzy nie przekracza ceny 10-15 tys. zł. Natomiast dzieła artystów historycznych sięgają stu do kilkuset tysięcy zł. I tak, ok. pół miliona zł osiągnęli T. Makowski i L. Wyczółkowski, W. Slewiński 0,63 mln zł, A. Wierusz-Kowalski 0,71 mln z , j. Brandt 0,72 mln zł, M. Gottlieb 0,76 mln zł, P. Michałwoski 0,78 mln zł, W. Czahórski 1,15 mln zł, J. Matejko 1,25 mln zł, O. Boznańska 1,25 mln zł, S. Wyspiański ok. 1,5 mln zl. "Polonia" J. Malczewskiego z kolekcji W. Fibaka sprzedana została za 1,6 mln zł. Zaś za "Opuszczenie Cypru przez Caterinę Cornano, królową Cypru" H. Siemiradzkiego zapłacono 10.12.2000 ponad 2 mln zł (dzieło "żyje" też pod drugim tytułem "Rozbitek"). jeśli chodzi o tworzących aktualnie artystów, to kilkudziesięciotysięczne ceny osiągają tylko: M. Abakanowicz, I. Mitoraj, W. Siudmak, Z. Beksiński, R. Opałka, j. Nowosielski i j. Duda-Gracz (ale oczywiście tylko za najlepsze prace).

Po co układa się rankingi artystów, skoro jakości sztuki nie można zmierzyć?

– Nie zgadzam się z tym. Jest odwrotnie: im mniej jasnych i czytelnych kryteriów, tym bardziej przydatne są listy rankingowe. Innym "drogowskazem" po rynku sztuki współczesnej (a więc tej nie zweryfikowanej przez czas) są nagrody, np. im. Jana Cybisa, im. Witolda Wojtkiewicza. W sztukach pięknych panuje ogromny relatywizm i przeciętny odbiorca poddany jest "szumowi informacyjnemu", a co gorsza często próbuje się nim manipulować. Galerie oraz periodyki plastyczne prowadzą marketing i reklamę różnych prądów artystycznych i różnych autorów, często zaprzeczają sobie nawzajem, czasem nie wchodzą sobie w paradę, dzieląc się pewnymi segmentami rynku. Marszandzi, wystawiennicy, krytycy, czasem sami autorzy, kreują "geniuszy malarskich", "wizjonerów", "artystów wytyczających nowe szlaki", przypisując te pojęcia do konkretnych nazwisk z przekonaniem, że to oni mają rację; częściej - ponieważ dyktuje im to interes własny. Listy rankingowe pokazują, że artysta jest chętnie kupowany, i to za kwoty z czterema zerami, dokumentują też popularność: wystawia się go w całej Polsce, w Europie, a także w USA oraz Japonii. Fakt, że jest laureatem prestiżowych nagród, informuje klienta o docenieniu twórcy przez kręgi opiniotwórcze. Klient może się też kierować (ale obowiązuje tu zasada ograniczonego zaufania) gustem i podpowiedzią dobrych galerii oraz opinią znawców przedmiotu (przy czym nierzadko bywa tak, że profesjonalny ekspert jest słabiej zorientowany i bardziej zrutynizowany aniżeli uznany kolekcjoner-pasjonat). Moim zdaniem, przeciętny odbiorca sztuki współczesnej powinien zdać się z czasem na własny gust, "mieć nosa" i kupić obrazek autora o nieznanym nazwisku. Ileż jest frajdy, jak się okaże, iż bardzo dobrze zainwestował. jest bez znaczenia czy malarz jest Dziekanem Wydziału Malarstwa jakieś uczelni artystycznej. Niemcy dla przykładu, jeśli przeczytają w notce biograficznej, że autor jest profesorem ASP, nierzadko rezygnują z zakupu jego obrazu, wychodząc z założenia, że "jeśli twórca nie może się utrzymać ze sprzedaży swej sztuki i musi mieć posadę, to znaczy, że ta sztuka jest słaba".

Od 30 lat buduje pan, przebudowuje i jakościowo poprawia własną kolekcję malarstwa. Jak w pana przypadku wygląda kształtowanie "polityki zakupów"?

– Zbieram dla celów dokumentacyjnych wszystkie listy rankingowe, listy nagrodzonych, listy laureatów międzynarodowych konkursów oraz zestawienia nazwisk artystów z encyklopedii (powszechnych i specjalistycznych), po czym konstruuję własne spisy. Nie kupię, nawet za średnie ceny, akwarel M. Abakanowicz, pasteli S. Eidregeviciusa czy płócien R. Opałki i A. Fałata, pomimo że w rankingach zajmują bardzo wysokie lokaty w pierwszej dziesiątce. Natomiast kupię obrazy J. Joniaka, J. Tarasina, R. Banaszewskiego, J. Waltosia, S. Fijałkowskiego, S. Gierowskiego, S. Karpowicza, F. Szyszki, T. Dominika, j. Sroki, F. Starowieyskiego, W. Siudmaka, Z. Beksińskiego, j. Sienickiego, Ł. Korolkiewicza, E. Maśluszczaka. Poza tym kupię obrazy J. Nowosielskiego (ale na pewno nie serigrafie) i S. Rodzińskiego (ale wyłącznie pejzaże "amerykańskie" lub "z Nawojowej"). Warto sobiew tym miejscu przypomnieć, że Eugeniusz Waniek ma 95 lat, Carlotta Bologna 92 lata, Jan Swiderski 88 lat, a to są dobrzy, interesujący malarze: ciekawie byłoby się z nimi spotkać i coś zakupić bezpośrednio od autorów. No i wreszcie: R. Olbiński, B. Korczowski, K. Oraczewski, L. Tarasewicz - są dwa razy młodsi od profesora Swiderski ego, ich twórczości czas nie zweryfikował w żadnym razie, ale popatrzcie na ich prace! Ja te prace kupuję.